żywa Wiara

Szukając BogaZOBACZ WSZYSTKIE

moje doświadczenie Bożego miłosierdzia

moje doświadczenie Bożego miłosierdzia
O miłosierdziu Boga słyszałam, czytałam naprawdę dużo. Zawsze mnie interesowało, czym tak naprawdę
jest miłosierdzie. Wiele mówi się o tym jak wielkie jest Boże miłosierdzie, o tym, że i ja mam być
miłosierna względem innych ludzi. No ale, czy miłosierdzie to tylko dawanie komuś, kto znalazł się 
w gorszej sytuacji, materialnego czy duchowego wsparcia?
Czy to tylko działalność charytatywna? czy to empatia, a może modlitwa za potrzebujących?
Pewnie każda z tych rzeczy,  jeśli jest bezinteresowna, jest miłosierdziem.
Jedno jest pewne, miłosierdzie nierozerwalnie wiąże się z przebaczeniem.
Z przebaczeniem tego, co wydaje się po ludzku nie do wybaczenia,
zdrada, oszustwo, zniszczenie komuś życia.
 
 
Chciałam przedstawić swoja historię. To nie jest łatwe, bo dotyka tego, co wolałabym zachować
tylko dla Boga. Wychowałam się w rodzinie, w której alkohol odgrywał bardzo ważną rolę.
Pewnie dla każdej osoby w mojej rodzinie inną, ale dla każdego ważną.
Mój tato nie mógł żyć bez alkoholu. Ja natomiast nie mogłam  żyć z alkoholem.
Moje wspomnienie dzieciństwa to strach i wstyd. Strach czy tato przyjdzie pijany,
czy będzie awantura czy trzeba będzie uciekać z domu. Takie tam życie. Ale takie właśnie życie sprawiło,
że zamknęłam się w sobie, że czułam się gorsza, że nie umiałam zaakceptować siebie, i pewnie jeszcze
wiele innych rzeczy.
 
 
Za to wszystko obwiniałam mojego tatę.
I tak rosło we mnie uczucie żalu, niedowartościowania, i wiele innych niedobrych uczuć. 
Oczywiście Bóg był obecny w moim życiu, na tyle, na ile Mu pozwoliłam.
Jeśli chciał mnie pocieszyć to tak, potwierdzić, że jestem taka nieszczęśliwa, taka skrzywdzona to tak.
 
 
Kiedy mój tato wyjechał za granicę na kilka lat, pamiętam jak odkrywałam uczucie spokoju,
jakiegoś bezpieczeństwa, które dla mnie było czymś nowym. Nastał czas względnego spokoju
w moim życiu, oczywiście były telefony, które sprawiały, że wszystko wracało. Nie było  łatwo słuchać,
że jestem do niczego, że niczego nie potrafię załatwić, że do niczego nie doszłam, i takie tam inne jeszcze,
o których nie warto pisać, bo to nie o to chodzi.
Moje życie płynęło, nasze relacje nie były najlepsze. Pamietam jak kiedyś poprosiłam Boga,
żebym mogła kiedyś tak normalnie porozmawiać z moim tatem. Takie wtedy były moje marzenia.
Założyłam własną rodzinę i starałam się jej dać to czego sama nie miałam, normalny dom,
w którym każdy może czuć sie bezpiecznie. Czy mi się udało?
Nie wiem, trzeba by zapytać mojego męża i moich dzieci.
 
 
Kiedy zmarła moja mama, ktoś musiał zaopiekować się moim tatem. Mam rodzeństwo, ale tak wyszło,
że to mnie i mojej rodzinie, przypadło zamieszkać razem z nim. To nie był łatwy czas,
powiem wiecej to był bardzo trudny czas dla mnie, dla mojej rodziny. 
Wrócił niepokój, niepewność, strach, wstyd...
Pytałam Boga dlaczego, przecież już wystarczająco dużo wycierpiałam z jego powodu.
Modliłam sie i prosiłam o jego nawrócenie, o to, żeby się zmienił. Sama też popełniłam
sporo różnych błędów. Na przykład próbowałam go "umoralniać", co przynosiło skutek odwrotny.
 
 
Kiedy ogarniało mnie uczucie bezradności tej sytuacji oddawałam to wszystko Bogu, tyle potrafiłam.
I przebaczałam.  Dużo razy. Naprawde chciałam przebaczyć.
Ale kiedy sie spotykaliśmy i zaczynał mnie obrażac to złość się we mnie zbierała i nie umiałam
sobie z tym gniewem, złością poradzić.
Wiecie, jak zachować spokój, kiedy wieziecie kogoś samochodem i rozmawiacie.
Enigmatycznie, bo nie wiadomo, co mogło by zdenerwować tę osobę. Ale brak odpowiedzi też może
wyprowadzić z równowagi, i to do tego stopnia, że otwiera ona drzwi od samochodu w czasie jazdy
w bardzo ruchliwej części miasta.
Takie tam małe atrakcje.
 
 
Ale Bóg pomału zaczął nas uzdrawiać. Nas, czyli mnie i mojego tate. Pamiętam moment,
kiedy pierwszy raz porozmawiałam z nim bez gniewu, bez nerwów, tak po prostu.
To było po upływie wielu lat od momentu, kiedy poprosiłam o to Boga.
Nasze relacje zaczęły sie poprawiać. Mój tato powoli zaczął się otwierać przede mną,
i zdawkowo opowiadać o swoim dzieciństwie.
A ja odkrywałam, że ten jego alkoholizm, agresywność ma swoją przyczynę.
W braku miłości ze strony rodziców, czyli moich dziadków. Zaczynałam postrzegać mojego tate jako
skrzywdzonego człowieka, którego nie nauczono kochać, człowieka, który doznał odrzucenia, 
który musiał udowadniać swoją wartość. 
Zobaczyłam człowieka, z jego trudną historią... 
Nie oznacza to, że wszystko było już pięknie i ładnie. Było różnie, ale ja w swoim sercu,
patrząc na mojego tate, czułam wspólczucie, było mi go żal, w dobrym tego słowa znaczeniu,
czułam troskę, spokój... Do człowieka, którego kiedyś nienawidziłam, który był przez długie lata,
przyczyną ogromnego niepokoju, strachu, żalu noszonego w sercu.
Dziś myślę o nim z miłością. I sama jeszcze temu niedowierzam.
Wiem, że sama z siebie nie byłabym do tego zdolna.
 
 
Nie chciałam, aby to moje świadectwo zabrzmiało jak użalanie się nad sobą,
ani też nie chodzi mi o wzbudzanie czyjegoś współczucia.
Chciałam tylko powiedzieć, że to Bóg uzdrowił moje serce z uczucia nienawiści, żalu, obwiniania siebie
i innych za powstałe rany. Teraz rozumiem, że można przebaczyć człowiekowi, który zmarnował innemu
człowiekowi życie. Bez tego doświadczenia, nie potrafiłabym.
To mój tato miał  problem z alkoholem, przez co ja doznałam skrzywdzenia. Ale to ja w wyniku tego,
skupiłam całą swoją uwagę na sobie. Na moich zranieniach, żalach, krzywdach, na ich pielęgnowaniu...
A to doprowadziło mnie do nienawiści, to zaś do życiowego pesymizmu, do braku akceptacji siebie,
to zaś do wypaczonego obrazu Boga i jeszcze paru innych rzeczy, które utrudniały mi umiejętność
cieszenia się życiem. 
I kiedy patrze na to moje życie z perspektywy czasu, mogłabym pomyśleć, że wiele straciłam.
 
 
A ja mam poczucie, że wiele zyskałam. Bo teraz dopiero widzę, że te doświadczenia popychały mnie
do nieustannego szukania Boga, takiego prawdziwego, do poznania prawdy o sobie, do doświadczenia
Jego łaski miłosierdzia. Dzisiaj mogę powiedzieć, że Bóg bardzo mnie kocha, choć ja często jeszcze
temu niedowierzam. Dziś mogę powiedzieć, że Bóg zawsze był przy mnie.
Nawet wtedy, kiedy będąc dzieckiem, nie rozumiejąc tego co się dzieje, płakałam i pytałam ze złością
gdzie jesteś Boże, bo w moim domu jest straszna awantura, upokorzenie, strach, ból...
Wiem dzisiaj, że był przy mnie, także wtedy.  
Zawsze.
Wiem dzisiaj, że przeprowadził mnie przez trudne doświadczenia, szanując moją wolność,
cierpliwie czekając na moje otwarcie się na Niego.
Dzisiaj rozumiem, że Bóg w moim przypadku nie działał jak wróżka, odmieniając nagle mój los,
bo wiedział, że muszę sporo rzeczy naprawić w sobie, ale najpierw muszę je zobaczyć, i muszę
dojść do tego sama, bo tylko wtedy to zrozumiem.
Wcale nie było łatwo, ale nie żałuję niczego.
Bo teraz wiem, że właśnie to moje życie pozwoliło mi odkrywać prawdziwego, żywego Boga..
 
 
Tak bardzo chciałabym, aby każdy doświadczył na swój własny sposób Boga żywego,
takiego prawdziwego.
Bo wiem, że jak ktoś raz poczuje Jego dotyk, to będzie Go szukał już zawsze...
 
pozdrawiam
AgaL.
 
zdjęcia: AgaL.

Komentarze (1)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

~Rafał

25.09.2017, godz.10:09

Piękne świadectwo :-)

Agnieszka L.

kobieta, żona, mama

Szukając Boga

rozwiń opis

Bóg objawia się wszystkim. Każdy szuka Go... lub nie, na swój własny, jedyny sposób. O moim nieustannym szukaniu Boga.

kontakt ze mną

załóż bloga

Dobrodzieje portalu

Kobi

VipDesign

wyprzedaze

Polecamy




MojRzeszow

wyprzedaze

vipdesign

zakony.pl

via

http://sanktuariapolskie.info/

Gość Niedzielny